niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział I

         Moje dzieciństwo wcale nie było ciekawe, zamieszkałam w sierocińcu, rodzice (jeśli mogę ich tak nazwać) porzucili mnie, kiedy miałam 2 miesiące. Kiedy dorastałam opiekunki opowiadały mi jak się tu znalazłam, ciągle powtarzały, że powinnam wybaczyć tym ludziom, ponieważ byli Oni młodzi i nie było ich stać na wychowanie mnie, ale szczerze? mam to gdzieś. Jeśli się kogoś kocha, zrobi się dla Niego wszystko. Za dwa dni kończę 16 lat. Kiedy patrzę na te małe dzieci, jest mi ich bardzo szkoda, ciekawe jak One się tu znalazły? Obiecuję sobie, że kiedy skończę studia, przyjdę tu i adoptuję takie małe dzieciątko, które obdarzę ciepłem i miłością.


        Do pokoju wpada zdyszana Steph.

        Steph to moja przyjaciółka, poznałyśmy się właśnie tutaj, trafiłyśmy nawet w tym samy czasie do tego "domu." Nasza przyjaźń zaczęła się wtedy, gdy ta szalona dziewczyna rozbiła mi coś szklanego na głowie, miałyśmy wtedy 4 latka. Smieszny przypadek, ale mimo to kocham ją jak siostrę.

        - Chodź, musisz coś zobaczyć - podbiegła do mnie i złapała mnie za rękę.

        - Pocze..- nie dała mi skończyć.

        - Nie ma czasu, no chodź! - boże, co za wariatka. Szybkim krokiem podążałam za Nią.

        Wyrwałam się z zamyśleń kiedy wpadłam na dziewczynę i razem poleciałyśmy na podłogę.

        Przez kilka sekund siedziałyśmy w grobowej ciszy, nie wiedząc o co chodzi, a kiedy zrozumiałyśmy co się stało wybuchnęłyśmy gromkim śmiechem.

        - Jesteś cholerną niezdarą - powiedziała, na co zachichotałam. Wstałyśmy.

        - Wybacz, kochanie - cmoknęłam ją w policzek - po co mnie tu przywlokłaś?

        - Musisz zobaczyć coś, a raczej kogoś.

        - I tylko po to? nic więcej? Ste...- dostałam drzwiami i znów upadłam, tym razem na tyłek.

        - Boże! nic Ci nie jest? wybacz, ja nie chciałem - usłyszałam zachrypły głos jakiegoś mężczyzny, przed moją twarzą znajdowała się Jego ręka, oferująca pomoc. Syknęłam, z powodu bolącej dupy (coo xD), następnie wstałam sama, o własnych siłach, odtrącając Jego silną dłoń. Chciałam mu dogryźć i nakrzyczeć, że jest jebanym frajerem, ale kiedy uniosłam głowę i spojrzałam na mężczyznę, odebrało mi mowę.

        Był taki przystojny, czułam jak moje kolana uginają się pod Jego spojrzeniem.

        Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co, chłopak zachichotał, kiedy to zauważył, a moje policzki natychmiastowo przybrały kolor pomidora. Czyżby chodziło jej o tego człowieka? Spojrzałam ponad Jego ramię i wyczytałam z ust swojej przyjaciółki "tak, właśnie dlatego".

        - Jestem Justin - powiedział.

        - J-Ja Dans - odpowiedziałam

        - Urocze imię, uśmiechnął się. Twój uśmiech jest uroczy, przygryzłam wargę.

        - Dziękuję - moje buty nagle zrobiły się bardzo interesujące.

        - Jeszcze raz przepraszam, ale muszę już iść. Miło się rozmawiało, piękna. - powiedział, a ja ponownie się zaczerwieniłam, uśmiechnął się zwycięsko i odszedł. Zobaczyłam, że Steph chce coś powiedzieć, ale zgromiłam ją wzrokiem, którego każdy się boi i ruszyłam do pokoju. Zastanawiam się co On robił w gabinecie dyrektora. Nieważne. Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko, natychmiastowo wpadając w głęboki sen.

                                                     ***********************

        - Bu! - krzyknął ktoś do mojego ucha. Zrywam się, spadając przy tym z łóżka. Steph.

        - Czy Ty do reszty powariowałaś!? - krzyczę do Niej, a Ona zaczyna się śmiać

        - Gdybyś widziała swoją minę - kładzie się na łóżko i turla ze śmiechu.

        - Rzeczywiście śmieszne - ktoś puka do drzwi. - Proszę! - wołam, a do pokoju wchodzi dyrektor, który przez wszystkie lata był dla mnie jak ojciec.

        - Witam panienki - uśmiecha się. Podbiegam do niego i rzucam mu się na szyje, przez co zaczyna się śmiać, a już po chwili kaszle. - Dusisz, skarbie- szybko się od Niego odsuwam.

        - Przepraszam, nie chciałam - moje policzki robią się purpurowe.

        - Oh przestań - czochra moje włosy, a ja szeroko się usmiecham. Podchodzi do mojej przyjaciółki i mocno ją przytula.

        - Coś się stało? - pytam nagle, na co jego uśmiech znika, a na twarzy pojawia się smutek.

        - Tak, siadajcie - mówi do Nas, siadamy na łózko, a On bierze sobie krzesełko i siada przed nami.

        - Coś strasznego? - pyta Steph, a na twarzy Thomas'a pojawia się grymas.

        - Będzie to dla Was trudne do zrozumienia, ale Danielle.. - przerwał i spojrzał na mnie, następnie na blondynkę. W Jego oczach widać ból i smutek. - została adoptowana, jutro wyjeżdża do swojego nowego domu. - mówi na jednym wydechu, moje oczy podwajają swoje rozmiary. Co!?
        
        - Możesz powtórzyć? - pytam, a w kącikach moich oczu zaczynają zbierać się łzy.
  
        - Jutro Nas opuścisz. Już na zawsze. Przykro mi. - wstaje i wychodzi.
 
        Odtrącam rękę, która chce mnie objąć i wybiegam z budynku. Biegnę ile sił w nogach.
Po jakimś czasie zaczynam się męczyć, zwalniam i zaczynam iść spacerkiem. Mija kilkanaście minut, a ja mam wrażenie, że wieczność. Jestem w parku, nawet nie wiem jakim cudem się tu znalazłam. Widzę ławkę, na której postanawiam usiąść. 
        
        Zaczynam myśleć, o czym? sama nie wiem. Zupełna pustka w głowie. Przetwarzam sobie słowa, które padły z ust mojego "ojca".
Nie chcę nowego domu, tutaj jest najlepiej. Nie chcę odchodzić od mojej "rodziny", którą stali się wszyscy ludzie w tym budynku.  

       A może będzie lepiej? Chyba będę musiała się z tym pogodzić.

       Wyciągam telefon z kieszeni spodni i odblokowuję Go. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz